Daj się porwać egipskiej historii po raz czwarty!

Dzień piąty

Budzę się około dziesiątej rano i pierwsze co robię, to spoglądam przez okno. Pola uprawne przycupnęły na prawym brzegu rzeki, podczas gdy olbrzymie pustynne skarpy królują po lewej stronie. Rejs po Nilu należy do największych atrakcji turystycznych tego kraju. W czasie trzydniowej podróży do Luxoru można zaznać prawdziwego luksusu. Statek zatrzymuje się dodatkowo przy dwóch świątyniach, Kom-Ombo i Edfu. 

Właśnie przybijamy do przystani w Kom-Ombo. Szybko wydostaję się z kajuty, w pośpiechu łapiąc aparat fotograficzny i czapkę. Schodzę na ląd i asfaltową drogą udaję się do świątyni. Jest ona unikatowa, bowiem poświęcona równocześnie dwóm bóstwom, Horusowi Starszemu i Sobkowi. Do środka świątyni prowadzą dwie drogi procesyjne. Obecnie świątynia to ruina, ale można tam zobaczyć wiele ciekawych reliefów, m.in. przedstawiających medyczne osiągnięcia starożytnych Egipcjan. Wynikałoby z nich, że byli w stanie przeprowadzić nawet lobotomię. 

Niektóre reliefy przedstawiają maski noszone prawdopodobnie przez chorych po niektórych operacjach. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że przypominają to, co opisywał H.P. Lovecraft w "Szepczącym w Ciemności". Czyżby za nieprawdopodobnym rozwojem medycyny w starożytnym Egipcie stali Mi-Go? Jest to w zasadzie jedyny ślad wiążący ich z tym regionem świata.

Miejsce to w czasach Ptolemeusza, czyli wtedy, gdy powstawała świątynia, roiło się wręcz od krokodyli, co prawdopodobnie przyczyniło się do oddawania czci właśnie Sobkowi. Co ciekawe, bóg ten z początku był uważany za złego, z czasem jednak zaczęto go uznawać za patrona medycyny, co może sugerować, że za jej rozwojem stały Istoty z Głębin. Niewiele wiemy o ich postępach w tej dziedzinie, te kwestie wymagają głębszego zbadania. Zaraz po powrocie do Kairu skontaktuję się z Fundacją Wilmartha,  która dysponuje odpowiednim zapleczem naukowo-technicznym. 

Wracam na statek tuż przed odpłynięciem. Cały czas spędzam teraz na górnym tarasie, napawając oczy widokiem pustyni na lewym brzegu rzeki. Około szesnastej dopływamy do Edfu. Świątynia góruje nad miejską zabudową. Aby dostać się z portu do starożytnej budowli warto wynająć bryczkę, bowiem spacer po wyjątkowo brudnych uliczkach tego miasta nie należy do przyjemności. 

Po dojechaniu na miejsce, przepychając się między natrętnymi straganiarzami docieram do wejścia. Świątynia Horusa Starszego jest jedyną w całym Egipcie, która zachowała całe sklepienie, a to tylko dzięki temu, że długo była zasypana przez piaski pustyni. Trudno to sobie wyobrazić patrząc na osiemdziesięciometrowy pylon (około piętnastu pięter). Obok wejścia stoją dwa posągi przedstawiające Horusa w postaci Sokoła. Kieruję się do otwartego korytarza okalającego centralny punkt w świątyni. W tym miejscu znajdują się reliefy przedstawiają walkę Horusa z jego złym stryjem Setem, który jest tu przedstawiony jako hipopotam. Horus walczył z Setem chcąc pomścić śmierć ojca. Zgładzony podstępnie, został pocięty na kawałki i rozrzucony po całym państwie egipskim. 

Jednak nie przywiodły mnie tu starożytne legendy. Wśród tych reliefów można znaleźć dziesiątki informacji o dziwnych bogach pomagających Setowi w tej walce. Wśród uchwyconych na płaskorzeźbach sylwetek widać rybopodobne istoty, które mogą być przedstawieniem Istot z Głębin. Według legendy, po śmierci Seta, która nastąpiła w rzece, w jej wodach zaroiło się od ryb. Czyżby Istoty z Głębin uciekały po pokonaniu ich przywódcy? Choć w świątyni znajduje się jeszcze wiele wspaniałych reliefów, te były dla mnie najważniejsze. 

Kiedy opuszczam majestatyczny budynek, podziwiam jeszcze pomnik ludzkiej głupoty. W czasach wczesnochrześcijańskich stare świątynie egipskie przerabiano na kościoły, a uznawane za bluźniercze reliefy przedstawiające "fałszywych" bogów pieczołowicie skuwano. Zastanawiam się, jak wiele z tych inskrypcji przedstawiało istoty z kręgu Mitów Cthulhu? Dodatkowo, od palonych we wnętrzach świec, zatarciu uległy przepiękne malowidła znajdujące się na stropie. Chrześcijanie nie niszczyli jednak egipskiego symbolu życia ankh, a nawet z czasem zaanektowali go jako krzyż koptyjski. Mając to w pamięci opuszczam Edfu.

Kiedy statek przepływa pod potężnym mostem, zastanawiam się nad efektami tej wyprawy. Brakuje mi jeszcze jakiejś informacji łączącej wszystko w jedną całość. Możliwe, że odpowiedzi znajdę w Dolinie Królów lub Karnaku. Jeśli nie, pozostanie jeszcze Tell el-Amarna, z którym to miejscem wiążę największe nadzieje. Tuż przed zachodem słońca docieramy do śluzy w miejscowości Esna. Tutaj w przeszłości nurt Nilu był bardziej bystry, ze względu na spore obniżenie terenu. Obecnie zapora i śluza regulują tę wspaniałą rzekę. 

Znacznie później, w ciszy obserwuję przemykający za burtą krajobraz nocy. Wszędzie słychać cykady, a mrok rozświetlają nieliczne światła statków. Niebo jest kryształowo przejrzyste i mogę obserwować księżyc, który wygląda zupełnie jak łódka. Zresztą gwiazdy w Egipcie są niewiarygodnie wyraźne. Nie dziwię się już, czemu starożytni Egipcjanie byli tak dobrymi astronomami. Spokojnie wracam do kajuty, gdzie szybko morzy mnie sen.

Dzień szósty

Obudziłem się parę minut po siódmej. Po około godzinie wyszedłem ze statku na ląd w Luxorze, który w starożytności nosił nazwę Teby. Skierowałem swe kroki do regularnej linii autobusowej wożącej turystów do Doliny Królów. Jeszcze w początkach lat 90. XX wieku, aby się tam dostać trzeba było przepłynąć na drugą stronę promem. Obecnie można przejechać przez most znajdujący się dwa kilometry na południe od miasta. 

Po wejściu na teren doliny poczułem, jak żar lejący się z nieba zostaje spotęgowany przez odbicia w białym piaskowcu. Rozglądając się po okolicy zauważyłem nagle odbłysk słońca pośród otaczających mnie wąwozów skalnych. Kiedy przyjrzałem się temu przez pożyczoną od jakiegoś turysty lornetkę, zauważyłem kilku snajperów usadowionych na szczytach skał. Bezpieczeństwo w tym rejonie stało się priorytetem. Ciekawe, jak poradzą sobie z piasecznikami, od których przecież powinno roić się w tym rejonie. Bardzo wiele zaginięć w czasie wykopalisk w latach dwudziestych było spowodowane właśnie ich obecnością. 

Do dziś w dolinie odkryto około stu grobowców, ale przypuszcza się, że jest ich więcej. Paradoksalnie najmniej ciekawym z nich jest ten należący do Tutenchamona, bowiem wszystko, co tylko się dało, wywieziono stąd do muzeum w Kairze. Najciekawsze są grobowce starszych faraonów. Można tam zauważyć dziesiątki prostych malowideł ściennych przedstawiających Egipską Księgę Umarłych. Cóż za podobieństwo nazwy z podtytułem Necronomiconu - Księga Martwych Imion. Księga Umarłych stanowi zapis wszystkiego, co może spotkać faraona po śmierci. Niestety, nie została rozszyfrowana do końca, a wiele jej fragmentów odnosi się z całą pewnością do Mitów Cthulhu. 

Część reliefów jest poświęcona tajemniczym istotom mieszkającym w zaświatach. Przedstawione tam stwory są nieprawdopodobną wręcz krzyżówką ludzi i zwierząt. Niektórzy badacze twierdzą, że stanowią one dowód na prowadzenie przez starożytnych Egipcjan eksperymentów genetycznych. Otwiera to pole do dociekań na temat roli Mi-Go w okresie Nowego Państwa. W tej chwili znane jest sto dziewięćdziesiąt rozdziałów Księgi Umarłych i ciągle poszukuje się następnych.

Godzinę po wyjeździe z doliny stoję u podnóża największej świątyni w Egipcie. Rozciągała się ona na terenie tak dużym, że zwana była Świątynią-Miastem. Poświęcona była Amonowi-Ra oraz jego boskiej małżonce Nut, synowi Chonsu oraz całej gamie pomniejszych bogów. Na głównym pylonie znajdują się wyryte w czasach Napoleona napisy lokalizujące wszystkie znane jemu współczesnym świątynie egipskie. Wielu z nich nie odnaleziono do dziś. 

Wchodząc na ogromny pierwszy dziedziniec trudno nie ulec urokowi tego miejsca. Wszędzie dookoła znajdują się posągi starożytnych władców, którzy przez lata dobudowywali swoje części do świątyni. Na obszarze znajdziemy wiele obelisków. Jest też kilka sal hypostolowych (inaczej kolumnowych), z których pierwsza jest największą na świecie. Wysokie na dwadzieścia cztery i mające dziesięć metrów w obwodzie kolumny przytłaczają każdego, kto znajdzie się w ich cieniu. 

Kieruję się do zbiornika wodnego zwanego świętym jeziorem. Nigdy nie został on osuszony i krążą legendy o tym, co znajduje się na jego dnie. Jedna z nich, potwierdzona częścią reliefów, mówi nawet o zamieszkującym ją potężnym bogu słońca Ra. Wynika z niej, że po odprawieniu odpowiedniego rytuału z dna jeziora podniesie się bóg słońca w całej swej glorii. Mnie reliefy opisujące to zaklęcie wydały się znajome. Potężny okrąg wyciągający swoje niby-ręce w stronę faraona, jako żywo kojarzy mi się z Azathothem. Świadomość tego, że zaklęcie jest tak łatwo dostępne spowodowała, że czułem niemal bezpośrednie zagrożenie.

Wyszedłem ze świątyni z coraz silniejszym postanowieniem udania się do miasta Echnatona, gdyż odnalezione przeze mnie zaklęcie pochodziło z czasów panowania tego faraona. Wszedłem na pokład statku, aby zabrać swoje rzeczy, po czym skierowałem się w stronę dworca autobusowego, aby złapać najbliższy transport w rejon Tell el-Amarna. Kilka godzin później przechadzam się po ruinach pysznego niegdyś miasta. Echnaton jako pierwszy władca na świecie wprowadził wiarę w jednego boga, odsuwając na bok pozostałych. Aton, który budzi skojarzenia z Cthugą lub Azathothem, jest zwykle przedstawiany jako dysk słoneczny z rękami wychodzącymi z końcówek promieni. Monoteizm nie przetrwał długo. Faraon i jego rodzina zostali dotknięci straszliwymi chorobami, a po śmierci władcy przywrócono wielobóstwo. Miasto popadło w ruinę. To właśnie tu, w podziemiach królewskiego grobowca chcę odnaleźć ostatnie wskazówki.

W tym miejscu pamiętnik się urywa. Znaleziono go na schodach prowadzących do grobowca Echnatona. Podobno jego właściciel opuścił Egipt niedługo później, aby już nigdy nie powrócić do kraju nad Nilem.