„Wraith" to w tolkienowskim systemie duch, który nie odszedł ze Śródziemia po śmierci swojego materialnego ciała. Śmiertelnik, który nie podporządkował się przeznaczeniu swojego rodzaju, złamał boskie prawa i cały czas trzyma się świata. Czasem z powodu własnych pragnień (na tym wszak polegało kuszenie późniejszych nazgulów przez Saurona), niekiedy z powodu klątwy (to wypadek Umarłych z Dunharrow). Natomiast „wight" to zwłoki, które opuściła dusza, a potem zasiedlił jakiś zły duch i od tej pory je ożywa – nie są tą samą co za życia osobą. Są więc na wielu poziomach istotami przeciwnymi: jedne są czystym ciałem, zasuszonym albo gnijącym, drugie – czystym duchem, widmem obecnym w tym świecie jedynie częściowo. Czyli pierwsze są upiorami w sensie ścisłym (bo to słowo oznaczające trupa, który wstał z grobu, literacka wersja ruskiego wyrazu „upir”, który jest tym samym słowem, co południowosłowiański „wampir”, uszlachetniona dodatkową głoską przez Mickiewicza). Drugie to raczej widma, czy zjawy.
Na poziomie fabuły Władcy Pierścieni jest to oczywiście dzielenie włosa na czworo i kwestia bez szczególnego znaczenia.
Jednak co zrobić, kiedy w bestiariuszu pojawiają się dwie kategorie istot określanych ogólnym „Undead”? „Wights”, w obrębie której mieszczą się „Barrow-wights” i inne podobne stwory, ciała animowanie złym duchem, i „Wraiths”, widma i upiory nawiedzające Śródziemie? Skoro i jedna, i druga kategoria określana jest tym samym słowem? Bo długim namyśle uznaliśmy tedy, że to kategoria ogólna zostanie „upiorem”, a kłopotliwe słowa „wight” i „wraith” przełożymy inaczej (odpowiednio, „ożywieniec” i „potępieniec”). Dzięki temu nie trzeba było zmieniać bardzo utartych nazw wspaniałej Marii Skibniewskiej.